Rozmawiamy z Mirosławą i Eweliną Kawczyńskimi, Najpiękniejszą Mamą i Córką 2003 oraz Miss Publiczności naszego konkursu.
* Przede wszystkim gratuluję. Jak panie będą wspominać finał?
E.K. (córka) – Dla mnie to było ogromne przeżycie. Najszczęśliwszy dzień w moim życiu i na dodatek w moje imieniny. Nigdy tego nie zapomnę.
M.K. (mama) – Przyznam, że Ewelina zaciągnęła mnie na konkurs niemal siłą, a po tym wszystkim dziękowałam jej, że nie dała mi się zniechęcić. Dla dojrzałej kobiety, takiej jak ja, to było naprawdę niesamowite. Polecam to wszystkim paniom.
* Najpierw dowiedziałyście się, że zostałyście Miss Publiczności…
E.K. – To było moje marzenie! Ze względu na nagrodę (występ w programie telewizyjnym lub serialu – przyp. aut.). Gdy to usłyszałam, byłam już taka szczęśliwa, że w ogóle nie myślałam o tym, kto wygra. Tym bardziej że do zwycięstwa typowałyśmy parę nr 14, panie Bańkowskie. Kiedy się okazało, że zostały II wicemiss, sądziłyśmy, że wygrają „szóstki”. A tu nagle… my! To było takie zaskoczenie, że mi tylko łzy poleciały z oczu.
* Pamiętacie kilka następnych minut?
E.K. – Zakładali mi koronę, to pamiętam. Aha, Najpiękniejsza Córka z ubiegłego roku bardzo miło się przy tym zachowała, bo szepnęła mi: „Nie płacz, za chwilę będą ci robić zdjęcia, uważaj, żeby makijaż się nie rozmazał”. Chwilę potem rzucili się na nas fotoreporterzy.
M.K. – Ja się przestraszyłam, bo po zakończeniu gali dziecko mi zginęło. Ktoś ją wyniósł z sali na rękach, do tej pory nie wiem kto.
E.K. – Ja też nie wiem! To był chyba jeden z kaskaderów. Tata biegł za nami i też nie bardzo wiedział co się dzieje.
M.K. – Zapamiętałyśmy jeszcze coś: na widowni wypatrzyłyśmy twarze osób, których obecności się nie spodziewałyśmy. Na przykład moich znajomych z poprzedniej pracy. Niektórych nie widziałam parę lat i w ogóle nie zawiadamiałam, że bierzemy udział w konkursie. Musieli zauważyć nas w gazecie… i przyszli, bo widocznie chcieli przyjść. To było ogromnie miłe.
E.K. – Moi koledzy ze szkoły też byli.
* Jako Najpiękniejsza Mama i Córka 2003 wygrały panie daewoo matiza. Kto nim będzie jeździł?
E.K. – Plan był niby taki, że jeśli wygramy auto, a ja zrobię prawo jazdy, to ja. Ale jak przyszło co do czego… to teraz nie wiadomo!
* Powiedzcie coś o sobie.
M.K. – Hm, coś o sobie… Oprócz Eweliny mam także 13-letniego syna Karola. Choć z wykształcenia jestem nauczycielką, pracuję w firmie budowlanej, sprzedaję domy i mieszkania. Poza tym uczę się. Ewelina zna już biegle dwa języki obce, uczy się trzeciego. Ja zaczęłam naukę angielskiego, ale dobrze władam już włoskim. Bardzo lubię ten język. Pracowałam we Włoszech, mam tam przyjaciół. Prowadziłam własną firmę, która importowała elegancką odzież z Włoch. Ba! Nawet biuro podróży wówczas prowadziłam. Włoskie oczywiście!
* Oj, dużo tych zajęć!
M.K. – Dość późno zaczęłam karierę zawodową, tak że w ciągu minionych sześciu lat chciałam nadgonić czas, który najpierw poświęciłam ważniejszym wówczas sprawom: dzieciom i domowi. Bardzo cieszę się zresztą, że mogłam sobie na to pozwolić. To była dla mnie komfortowa sytuacja, móc oddać się temu całkowicie. Dobrze wiem też, że wcale nie jest to łatwe zajęcie. Teraz staram się realizować na innej płaszczyźnie. Mam jeszcze pewne plany. Na pewno nadal będę uczyć się języków obcych.
E.K. – Ja? Chodzę do III LO. Jestem w trzeciej klasie. Przede mną matura i studia. Właśnie wybieram odpowiedni dla mnie kierunek. Myślę o stosunkach międzynarodowych lub dziennikarstwie, bo chciałabym zajmować się czymś mającym związek z mediami. Jak powiedziała mama, lubię uczyć się języków. Teraz zaczynam hiszpański, a mówię już po angielsku i niemiecku. Ostatnie wakacje spędziłam właśnie w Niemczech. Chodziłam do szkoły, w Berlinie pracowałam trochę w przedszkolu. Teraz chcę pojechać pouczyć się niemieckiego w Hamburgu. Lubię czytać, biorę udział w konkursach recytatorskich, no teraz już trochę mniej… Co jeszcze? Gram na pianinie. Będąc u mnie w pokoju nietrudno zauważyć, że moją idolką jest Marylin Monroe. To taka moja jakby patronka.
* Czemu właśnie ona?
E.K. – Potrafiła wybić się znikąd. To w niej podziwiam. Była sierotą, bardzo nieszczęśliwą jako dziecko, samotną. Obiecała sobie, że osiągnie sukces i wybiła się na taki szczyt sławy, że do tej pory o niej pamiętamy. Dla wielu osób wciąż jest boginią.
* Konkurs na „Najpiękniejszą Mamę i Córkę”, w którym zwyciężyłyście, jest m.in. wyrazem wiary w istnienie szczególnej więzi między mamą i córką właśnie. Co was łączy?
M.K. – (Śmieje się) My jesteśmy całkowicie inne!
E.K. – Totalnie różne!
* Czym się tak różnicie?
M.K. – Ona ma inne zdanie, ja mam inne zdanie. Ja staram się ją przekonać, ona mnie.
E.K. – Mama jest spod znaku Raka, a ja Byka. Jestem uparta, narzucam swoje zdanie. A mama… Mama też!
M.K. – Chyba jesteśmy dwoma silnymi charakterami. Nie, nie chodzimy razem za rączkę do teatru. To zresztą ciężko byłoby zrealizować. Ewelina ma wiele zajęć. Wychodzi rano, wraca wieczorem. Ja też dużo pracuję, od trzech lat nie miałam urlopu z prawdziwego zdarzenia, co najwyżej pięciodniowe. Na wspólne wyjazdy i wypoczynek też nie mamy ostatnio zbyt wiele okazji.
Ewelina ma swoich znajomych, swój sposób życia, do którego staram się nie wtrącać. Ufam jej i myślę, że się na niej nie zawiodę.
Autor artykułu: Piotr Jach